Rozdzialików kilka - s. Celina CSS

 

celina

 Moją drogę do Zakonu opiszę w kilku rozdzialikach. (piszę rozdzialik a nie rozdział, bo to takie mini rozdziały). 

Ten rozdzialik nazwę: MOJA SIOSTRA:) A było tak:)

Myślę, że iskierka pojawiła się gdy byłam dzieckiem i podziwiałam siostrę, moją katechetkę. O dziwo, to właśnie duchaczka (kanoniczka) była osobą, która mówiła mi o Jezusie, obdarzała uwagą, uśmiechem. Takie proste, ale dla sześciolatka czy siedmiolatka taka dobra siostra była ideałem :) Potem siostry duchaczki (kanoniczki) wyjechały z parafii, przyszły inne siostry. Gdy byłam nastolatką moja dawna katechetka zaprosiła mnie na rekolekcje. Wtedy chyba najbardziej Jezus dotykał serca. Nie jechałam z myślą o powołaniu, ale dla umocnienia wiary, spotkania. Nigdy moja siostra mnie nie namawiała, nie proponowała, ale zawsze towarzyszyła. Jestem jej bardzo wdzięczna za ten czas, bo znając siebie, gdyby była nachalna, to pewnie by mnie tu nie było. I dlatego, że miałam do niej zaufanie, wiedziałam, że szanuje moją wolność, zaraz jak dowiedziałam się, że zdałam maturę pierwsze kroki skierowałam do Warszawy, gdzie siostra mieszkała. Wiedziałam już, że chcę do sióstr duchaczek (kanoniczek) dołączyć, ale czułam się zagubiona, ponieważ nie wiedziałam, jak mam to zrobić. I znowu nieoceniona okazała się pomoc mojej siostry. Teraz jestem profeską, a moja siostra przełożoną wspólnoty, ale dla mnie jest zawsze MOJĄ S. ALMĄ. 

 

Drugi rozdzialik: KOCHAĆ I BYĆ KOCHANĄ. Jak każda nastolatka chciałam przeżyć taką piękną, romantyczną miłość . Doświadczyć, że jestem dla kogoś ważna, że ktoś zabiega, troszczy się... rozumiecie? Wiem co to znaczy dziewczęca miłość, słyszałam wyszeptane wyznania, a jednak to nie było to. Dlaczego? Sama nieraz zastanawiałam się: dlaczego Panie Jezu?... Czasami ze złością, czasami z przeczuciem, że to nie dla mnie, ze to jednak nie ten kierunek. Uśmiechnięta, otwarta na innych, taki promyk towarzystwa, a jednak Ktoś wciąż przechodził obok i pytał: Czy chcesz?... Gdy byłam już w klasztorze odwiedził mnie przyjaciel z lat szkolnych. Zapytał: Czy jesteś szczęśliwa? Spojrzałam na niego i odpowiedziałam: TAK. Nieraz sobie myślę, że Jezus jest najlepszym Reżyserem. To On w scenariuszu mego życia zaplanował spotkania, relacje, które ubogacały, ale nie dawały spełnienia. Czasami wierzgałam, uciekałam, ale Jezus z niesamowitą delikatnością BYŁ BLISKO, PATRZYŁ, by cicho zapytać: czy chcesz?.... "Pokój można znaleźć tylko w TAK". Szukałam miłości pięknej, w której byłabym bezwarunkowo kochana i znalazłam. Mój Wybrany, który sam mnie pierwszy wybrał, wciąż na mnie patrzy i zapewnia: kocham cię taką jaką jesteś. I zaprasza do niesamowitej przygody, pełnej miłości, zaufania i prośby, aby przyprowadzić do Niego, do Jezusa, wielu braci i sióstr, aby doświadczyli, ze Jezus ich kocha taką samą miłosierną miłością. Czy zaufasz Jezusowi, rzucisz się w Jego ramiona i odpowiesz TAK, aby zbawiać dusze dla Nieba?

Rozdzialik : MACIERZYŃSTWO - MOIM PRZEZNACZENIEM Używając potocznego powiedzenia "wszystkie znaki na niebie i ziemi" wskazywały mi, że moim przeznaczeniem jest bycie matką. Dlaczego? Już imię nadane przez rodziców: EWA: matka wszystkich ludzi i Anna - matka Maryi. To jeszcze nie koniec: imię z bierzmowania: Maria - oczywiście matka Jezusa i moje imię zakonne nadane mi przez Matkę Generalną: Celina - święta matka świętego biskupa Remigiusza z IV w. Ile razy? 4 razy MATKA! Zresztą jako dziecko miałam wokół siebie gromadki dzieci, no tak - przecież przyszła matka :) Jednak Pan zechciał inaczej, zamiast być matką biologiczną wybrał mnie, abym była matką dla wielu: począwszy od przedszkolaków, po tych, którzy potrzebują, aby na nowo narodzić ich dla Boga. "Pan Bóg nie da ci namiastki macierzyństwa"- takie słowa napisał do mnie starszy brat prawie rok po wstąpieniu do klasztoru. To był list pełen goryczy i rozterek. Nie, Pan nie dał mi namiastki, ale sprawił, że czuję się realnie MATKĄ, ale jakże inaczej niż można to sobie po ludzku wyobrazić!
 
Moi drodzy, dorzucam jeszcze jeden rozdzialik z mojej historii powołaniowej. Tytuł: NIE - SPEŁNIONE MARZENIA Każdy z nas ma jakieś marzenia, czasami wielkie czasami takie prozaiczne. Moje marzenia? Najpierw takie z rodzinnego podwórka: wychowywałam się wśród trzech braci. To dobrze i niedobrze. Brakowało mi siostry, z którą mogłabym porozmawiać "o naszych sprawach". No cóż, dzięki braciom nauczyłam się radzić sobie z problemami, ale jednak pozbawiona byłam siostrzanej powierniczki serca. Nie wiem czy wśród sióstr tak jest, ale ja sobie to tak wyobrażałam. Inne marzenia: swój dom, rodzina, dzieci i radość wychowywania swoich skarbów. Taka bym powiedziała "norma". Nieziszczone marzenia nastolatki? I tym razem Jezus okazał się wrażliwym Przyjacielem. Moje marzenie posiadania siostry? Cóż to dla Jezusa - mam ich ponad 200 :) A rodzina, dzieci? Z czasem okazało sie, że i to marzenie jest z realizowane, no w lekkiej modyfikacji: co roku pod moją opieką jest 25 dzieci i naprawdę przeżywam radość wychowywania skarbów i tylko czasami smoków:) Jest tylko jedno ALE: tematem małych niesnasek z mamą było moje upodobanie do spodni i luźnych swetrów, mama nie mogła tego pojąć. Nie kojarzę siebie w sukienkach ( chyba jakieś trzy razy), a tu traf - mój habit! To nic, coś przecież trzeba ofiarować, a nie tylko otrzymywać. Zresztą bardzo lubię swój habit, stanowi zewnętrzny znak mojej przynależności do Zgromadzenia, a tym samym do Jezusa, którego wybrałam i który mnie wybrał. Miejcie marzenia, bo nawet w najmniej spodziewany sposób mogą stać się realnością! Z modlitwą i uśmiechem (Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.)
 
Moi drodzy, kontynuuję moje rozdzialiki, Tytuł: W RODZINIE Plany stawały się realnością. Miałam już umówiony termin przyjazdu do klasztoru, spakowałam potrzebne rzeczy, w sumie to już wszystko miałam, poza ostatnią odsłoną w rodzinie. Pamiętam ten wieczór jak dziś: moi rodzice oglądali coś w telewizji, ja byłam z młodszym bratem w kuchni. Zbyszek coś do mnie mówił i mówił, ale ja (niech mi to wybaczy) wcale go nie słuchałam. W mojej głowie pędziło mnóstwo myśli, taki prawdziwy super ekspres. Powiedzieć? A może nie powiedzieć? Dzisiaj? Nie...może jutro. Jak to zrobić, w którym momencie... Dość. Idę. Westchnienie do Nieba i wchodzę. Wyłączam telewizor moim rodzicom. (...) Reakcja? Tata się rozpłakał (naprawdę) i powiedział, że zawsze się modlił o powołanie dla swoich dzieci ( nigdy o tym nie wiedziałam), a mama? Nie uwierzyła, powiedziała, że "się wygłupiam". Czy ta rozmowa była taka po prostu, jak wiele poprzednich? Nie, była koszmarnie trudna, dla mnie. W takich chwilach trzeba liczyć, na to, że Ten, który nas wybrał nie zostawi nas samych, wesprze nas i pomoże też naszym Rodzicom. Dopiero po dwóch dniach do mojej mamy dotarło, że to nie był żart, że moje słowa były bardzo na serio. Łzy, prośba, moja klarowna odpowiedź... WSZYSTKO JEST ŁASKĄ. Jezus daje siły naszym rodzicom, łaskę zrozumienia wcześniej czy później. Mama bardzo lubi do mnie do klasztoru przyjeżdżać, mówi: że tutaj naprawdę odpoczywa i że o mnie najbardziej jest spokojna. Chwała Panu za wszystko
 

A teraz rozdzialik, tytuł :WYJAZD Wcześnie rano miałam pociąg do Krakowa. Chciałam jechać sama, ale tata powiedział, że to tak, jakby rodzice nie chcieli mnie puścić. Postanowił więc pojechać ze mną. Mama wybierała się do pracy. Podeszłam, żeby się pożegnać. Mocno przytuliła mnie do siebie. Nie padło żadne słowo. Nic. Żadnych łez. Tylko mocny, matczyny uścisk, jakby chcący mnie zatrzymać, otulić, ochronić. BÓL ROZSTANIA,. Dlaczego nieraz rodzice nie wierzą, gdy im mówimy o naszej decyzji pójścia do klasztoru? Dlaczego protestują lub wręcz zabraniają? Bo nie rozumieją tego co się dokonuje głęboko w nas między Jezusem a nami. Nie rozumieją, bo nie są w stanie zrozumieć. Dlaczego reagują negatywnie? Bo przeżywają nasze odejście jak stratę, jak jakieś nieznane zagrożenie. Często nie znają bliżej sióstr zakonnych czy zakonników, nie wiedzą jak wygląda życie w klasztorze opierając się często na stereotypach, które krążą. Dlaczego jeszcze, tak trudno zgodzić się im z naszą decyzją? Bo to jest po prostu OFIARA. Nie dziwmy się rodzicom, dla których jest to bolesne doświadczenie. Pozwólmy im to przeżyć, wyrazić ból, niedowierzanie, lęk o nas. Często nie są nam przeciwni, bo przecież nas kochają i chcą naszego dobra, ale niewiadoma, na którą się decydujemy, przerasta ich. Zachęcam was, nim powiecie swoim rodzicom o takiej decyzji, otoczcie rodziców modlitwą, proście o światło Ducha Świętego, o Jego moc i pociechę. I zaufajcie Panu!

 

s. Celina

Odsłony: 3526

Mamy szczególne nabożeństwo
do Ducha Świętego

Czcimy Chrystusa
w cierpiącym człowieku...

 

Maryja jest nam wzorem
uległości Duchowi Świętemu